Najzabawniejsze „interview”

agreement
0 Flares 0 Flares ×

Czy zdarzyło Wam się zrezygnować z rozmowy kwalifikacyjnej w trakcie jej trwania? Mi tak – jeśli dobrze pamiętam, co najmniej dwa razy w życiu. Kiedyś chodziłam na tzw. “interview” z przeświadczeniem, że wykonanie każdego zadania czy udzielenie poprawnych odpowiedzi to niemalże kwestia honoru. Dziś traktuję tego typu spotkania jak negocjacje biznesowe, podczas których obie strony mają równą pozycję, obie strony szukają odpowiedniego dla siebie rozwiązania i zależy im na skutecznej realizacji celu. Skończyły się czasy traktowania kandydatów z poziomu petenta proszącego się o stanowisko za wszelką cenę… Jeśli akurat jesteście w trakcie odbywania takich spotkań, dla ukazania tematu z bardziej zabawnej perspektywy, chcę się z Wami podzielić pewną historią rozmowy kwalifikacyjnej :-)

Kilka lat temu zostałam zaproszona do wzięcia udziału w rekrutacji na stanowisko asystentki właściciela dużej polskiej firmy, której nazwy ani branży z oczywistych powodów nie ujawnię. Siedziba i fabryka znajdują się niedaleko Warszawy. Po przedarciu się przez ochronę oraz różne punkty kontrolne przedsiębiorstwa dostałam się do biura gdzie natychmiast zaskoczył mnie widok produktów w szklanych gablotach z kartkami typu “nie dotykać, ilość policzona”. Biorąc pod uwagę fakt, że średni koszt produktów tej marki waha się w granicach od 15 pln do 40 pln, dość smutne wydały mi się ostrzeżenia tak wyraźnie traktujące pracowników jako potencjalnych złodziei. Szybko przeszłam wstępny etap rozmowy z jakąś osobą w kapciach (tak, dosłownie…), następnie zaprowadzono mnie do pokoju “pani dyrektor operacyjnej”. Całkiem miła kobieta opowiedziała ogólnie o niuansach współpracy z prezesem – a w myślach z każdym jej zdaniem doznawałam coraz większego rozbawienia. Okazało się na przykład, że siedziba nie ma działu kadr, a to do moich obowiązków miałoby należeć raportowanie szefowi nieobecności pracowników wraz z ich przyczyną, smsem codziennie o 10:00 rano. Dokładnie sms-em ponieważ to jedyna preferowana forma komunikacji asystentki z prezesem, zawsze o tej samej porze. Pani dyrektor po kilku minutach wręczyła mi coś w formie książki do szybkiego zapoznania się. Czytam i nie wiem – śmiać się czy płakać. Był to podręcznik „współpracy z prezesem”, a w nim takie smaczki jak:

  • asystentka powinna “pilnować” zasięgu w swoim aparacie, niedopuszczalne jest nieodebranie telefonu od prezesa
  • gabinet prezesa powinien zostać wywietrzony na kwadrans przed jego przyjazdem
  • każdorazowo po przybyciu prezesa do biura asystentka powinna sprawdzić w jego samochodzie czy nie zapomniał ładowarki do komputera

Chwilę później otrzymałam zadanie polegające na znalezieniu jakiegoś połączenia lotniczego do Azji. Dodam, że prezes ze względów oszczędnościowych wyklucza korzystanie usług agencji podróży, w związku z czym większosć mojej pracy stanowiłoby sprawdzanie i bieżące aktualizowanie cen biletów.

Może w tym procesie nie byłoby nic dziwnego poza faktem, że w biurze panował ogólny chaos, pracownicy sprawiali wrażenie wystraszonych, a sama rozmowa bez uprzedzenia przeciągała się już kolejną godzinę. Wszystko w miarę w porządku do chwili gdy w korytarzu rozległ się donośny głos mężczyzny, z góry do dołu besztającego “panią Bożenkę”, czyli dyrektor operacyjną. Powodem przywołania szefowej działu do porządku przy wszystkich pracownikach były (jak się zorientowałam) niechlujnie poukładane produkty. Zmieszana i rozkojarzona  “rekruterka” wróciła po chwili do pokoju, w którym kończyłam właśnie ambitne zadanie i z zadowoleniem oznajmiła, iż prezes będzie chciał się ze mną spotkać – po czym znowu wyszła, zostawiając uchylone drzwi. Mijała właśnie następna godzina, a ja zaczęłam na poważnie rozważać przerwanie tego procesu i opuszczenie fabryki. Tak naprawdę jedyne co mnie jeszcze przekonywało to samochód służbowy i jak to określono “nieograniczony budżet” przewidziany na to stanowisko. I tak rozważając ostatnie za i przeciw moim oczom w progu ukazał się prezes – pan w rozczochranych włosach do ramion, z wielkim paskiem Dolce & Gabbana, w kowbojskich butach, wymownie mierzący mnie wzrokiem. To był moment, w którym po prostu wstałam, zostawiłam identyfikator na recepcji i wyszłam. Opuszczenie fabryki zajmuje dobre kilka minut ale nic mnie już nie interesowało, po kolei mijałam kolejne drzwi, zmierzając do samochodu. Szybko rozległ się za mną krzyk – zrozumiałam, że ktoś mnie goni. Cała sytuacja wydała mi się już tak komiczna, że po prostu szybko odpaliłam silnik i odjechałam, w lusterku widząc wymachującą “panią dyrektor”.

Ilość telefonów i sms-ów z przeprosinami niemażle zablokowała mi komórkę – otóż “prezes jest bardzo zainteresowany i pragnie dać mi drugą szansę”. Oczywiście powinnam wziąć pod uwagę, że w przedsiębiorstwach prywatnych proces rekrutacji może różnić się od tych szablonowych w korporacji, z czego zdaję sobie sprawę. Korporacje i firmy prywatne mają swoje wady i zalety z punktu widzenia pracy indywidualnego człowieka. Mimo wszystko – zadałam sobie jeszcze raz pytanie – czy chcę codziennie z duszą na ramieniu czekać aż prezes przy obcych osobach nakrzyczy na mnie niczym na niesforne dziecko, czy chcę przygotowywać mu herbatę według obszernej instrukcji i obracać się w środowisku gdzie naturalną formę ubioru stanowią wełniane skarpety i plastykowe klapki? Odmówiłam. Jeszcze w tym samym tygodniu przyjęłam ofertę pracy w dużej międzynarodowej korporacji o wysokich standardach, przez co rozumiem między innymi szacunek do pracowników.

W ostatnich latach mojej “kariery” zawodowej uczestniczyłam pewnie w kilkudziesięciu interview, a historia opisana powyżej to zaledwie nieistotny ułamek, dlatego nie zniechęcajcie się – dziś większość rekrutacji przebiega na naprawdę profesjonalnym poziomie. Dlaczego się wtedy wycofałam? Nawet nie chodzi o banał na temat szanowania siebie i swojego czasu, a raczej o czytanie znaków. W końcu praca pochłania nam większość życia – przed podjęciem decyzji warto więc przyjrzeć się ludziom w danej firmie, sposobie ich zachowania, tego jak się do siebie odnoszą, jakie mają wartości. Zastanów się czy to są również Twoje wartości i w związku z tym czy czy będziesz przychodzić do biura z motywacją do działania czy raczej z zaciśniętym brzuchem, odliczając godziny do weekendu.

A jakie są Wasze najzabawniejsze wspomnienia z procesów rekrutacji?

Print Friendly

Jedno przemyślenie na temat “Najzabawniejsze „interview””

  1. ~AbsurdalnaRP pisze:

    Zrezygnować – nie. Ale ziewać i wiercić się na krześle – tak. Kiedy odkryłem co to w rzeczywistości za firma i co za fucha. A siedziałem jeszcze z pewnej ciekawości, bo na przemian z nudno było też zabawnie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


0 Flares Facebook 0 0 Flares ×